Objazdowy patriotyzm kapitana Wierzby

Stefan Wierzba kapitan Wojska Polskiego

„PANIE KAPITANIE, NIECH PAN TYLKO NIE USTAJE” !!!

 

Kapitan Stefan Wierzba – specjalista od odnowy ducha narodowego Polaków.

Kapitan prowadzi na ganek swojej szczawnickiej rezydencji. Domek obsadzony drzewami. Ścian budyneczku strzegą róże. – Rozmawiam z nimi. Z różami trzeba rozmawiać. Wie pan, że Rockefeller tak robił. Wymyślał swoim różom, wściekał się na nie, groził. Ja robię podobnie. Tę na przykład przyniosłem z targu, jako odpad przeznaczony do wyrzucenia. Zasadziłem, podlałem gnojówką i rozmawiałem. Mówiłem: jeśli nie weźmiesz się do życia, to cię wywalę na zbity korzeń. Poskutkowało. Teraz jest najwyższa. Prawie równa z domem.

Na schodach kapitańskiego domu wycieraczka z podobizną jamnika, zza drzwi dobiega szczekanie prawdziwego „przedłużacza”. Na narożniku domku łopoce flaga narodowa, którą kapitan właśnie troskliwie rozprostowuje.

Widoki, zaczynające się zaraz za drewnianą barierką ganku, zapierają dech w piersiach. – Mam tu prawie jak w Rio – uśmiecha się kapitan. Faktycznie, widok Durbaszki po przeciwnej stronie nieboskłonu przywodzi jednoznaczne skojarzenia z górą Corcovado w stolicy Brazylii. Tylko że to szczawnickie wzniesienie nie jest zwieńczone posągiem Zbawiciela… jeszcze. Bo gdyby to zależało od kapitana, pewnie nad Małymi Pieninami już królowałby posąg Chrystusa. Byłby 2 razy większy od brazylijskiego oryginału, a dookoła łopotałyby biało-czerwone flagi. Bo kapitan jest patriotą, takim z krwi i kości, do bólu, bez żadnych kompromisów. Patriotą od schowka auta, po najdalszy kraniec garażu. Od czasów podstawówki i służby kapitana w Ludowym Wojsku Polskim, aż po grób.
*
Kapitan chce nas – swych nowych gości – wprowadzić w patriotyczny, podniosły nastrój. Z samochodowego radia pobrzmiewają już takty „Czerwonych maków”, „Pierwszej Kadrowej” i patriotyczne szlagiery z repertuaru Jana Pietrzaka. Nawet za przednią szybą leciwego forda znalazło się miejsce na kilka patriotycznych eksponatów: biało-czerwoną opaskę na rękę, różaniec i wizytówkę kapitana Stefana Wierzby, „twórcy spektakli odnowy Ducha Narodowego Polaków”. Niewielki bilecik opatrzony jest sentencją: „Wstań, Polsko moja”.

Kapitan otwiera trumienne wieko bagażnika dachowego i wydobywa z niego resztę patriotycznych eksponatów. Proporce, feretrony, 2 szable. Wyprzedzając pytanie, kapitan ujmuje w dłoń okapany woskiem metalowy lampion. – To jest latarnia z wiecznie gorejącym ogniem miłości do ojczyzny i wiary w jedynego Boga – podkreśla z przekonaniem, odklejając od lampionu zalany woskiem czarny pistolet – korkowiec. – Patrzcie, a ja go szukałem… – rozpromienia się gospodarz na widok „gnata”. Broń na ślepaki gra w patriotycznych przedstawieniach. Jest swoistym akustycznym wzmocnieniem patetycznego monologu o mordzie katyńskim. – W czasie przedstawienia recytuję mój wiersz: „Krzyż katyński”. Po słowach: „i mścił się czerwony szatan na polskich panach oficerach za 1920 rok, za Cud nad Wisłą” – następuje wystrzał.
*
Drewniane wrota stodółki, czy też niewielkiego garażu, otwierają się na oścież. Z wnętrza bije biało-czerwona łuna. Pod ścianą z wielkim banerem „Kocham Polskę” – kanapa i element meblościanki, pamiętające czasy Gierka. Za szkłem muszla i kawałek rafy koralowej, które gospodarz dostał od kuzyna mieszkającego w Jałcie. Pod ścianą pusta żelazna wanna. Narzędzia ogrodnicze poukładane w iście koszarowym ordynku. U powały ogromny łeb szczupaka umocowany do herbowej tarczy i tabliczka z datą (Raba 1989) oraz parametrami wielko… ryba: 71 centymetrów długości i 2,9 kilograma wagi. Jak na szczupaka to może niedużo, ale to pierwszy drapieżnik w wędkarskiej karierze kapitana, więc i dla niego znalazło się miejsce w garażowym „panteonie”, tuż obok Bolesława Chrobrego.

Reszta sprzętów zgromadzona w garażu mogłaby z powodzeniem stanowić wyposażenie sali tronowej zamku wawelskiego. Herby z piastowskimi orłami, proporce, flagi narodowe, miecze.

Gospodarz fascynującego miejsca: Stefan Wierzba, najprawdziwszy kapitan Wojska Polskiego. Szczupły, szpakowaty jegomość. Uprzejmy, elokwentny, wręcz wygadany. Lakierki wypastowane na glanc, aż biją po oczach. Odprasowany w „kantkę”, świetnie spasowany galowy mundur kapitana lotnictwa. Baretki, ordery – wypisz wymaluj sanacyjny oficer.

Pozory jednak mylą. Karierę wojskową kapitan Wierzba rozpoczynał w Ludowym Wojsku Polskim. – Musiałem iść do wojska. To była rodzinna tradycja. Zanim poszedłem do szkoły, robiłem z patyków karabiny i się z kolegami strzelaliśmy na podwórku. Jak chodziłem do podstawówki, dostałem wiatrówkę. W liceum miałem już KBKS. Pan wie, co to wtedy znaczyło? Poza tym tata był przedwojennym żołnierzem. Służył w 22. Pułku Piechoty w Siedlcach. Brał udział w kampanii wrześniowej, odznaczony krzyżem walecznych. Od najmłodszych lat czytałem Wańkowicza, słuchałem Wolnej Europy i Głosu Ameryki. Jak grali „Czerwone maki pod Monte Cassino”, to łzy stawały mi w oczach – egzaltuje się emerytowany oficer. – Ale pan wylądował w komuszej armii i przysięgał na sojusz z Związkiem Radzieckim? – prowokacyjne pytanie wcale nie zbija kapitana z tropu. – Służyłem w tej armii, bo innej nie było – podkreśla stanowczo. Przyznaje, że rota przysięgi zawierała ustęp „o wierności przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami”. – Pyta pan, czy przysięgałem. Tak, przysięgałem – przyznaje z rozbrajającą szczerością. Przypomina, że nie on pierwszy stanął przed podobnym dylematem. Św. Rafał Kalinowski służył w carskiej armii, podobnie jak św. Albert Chmielowski. Nawet Romuald Traugutt był carskim oficerem. – A ja przez całą swą służbę w wojsku myślałem, czy przyjdzie kiedyś taki czas, że będzie można przysięgę zakończyć słowami: Tak mi dopomóż Bóg. Zachodziłem w głowę, że przecież te 4 słowa nie rozwaliłyby komunizmu.
*
Naukę w Oficerskiej Szkole Wojsk Radiotechnicznych w Zielonej Górze Stefan rozpoczął na początku lat 60. – Nie zapisałem się do partii, choć strasznie nalegali. Próbowali nas zmusić, wysyłali na poligon. Nie dałem się złamać. W końcu zostałem chyba jedynym bezpartyjnym podchorążym w całej szkole. Parę razy byłem bliski załamania, ale przypomniałem sobie słowa ojca: „Partia jest, jak g… kurze. Gdzie spadnie, to wokół wszystko wypali do cna”…
*
Służbę w armii pan Stefan przeszedł śpiewająco. Najpierw marszowym krokiem jako dowódca Kompanii Honorowej Wojsk Obrony Powietrznej Kraju, a później jako szef Kompanii Śpiewającej, która brała udział w słynnych Festiwalach Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Śpiewająca służba w Ludowym Wojsku Polskim nie trwała długo. W październiku 1979 roku Stefan był znów cywilem. Co mu się nie podobało w LWP? – Nie trzeba było dużo czasu, żeby się przekonać, że wszystkie moje wyobrażenia na temat służby krajowi, patriotyzmu, tego, kim jest oficer, były – mówiąc delikatnie – naiwne – przyznaje kapitan. – W mojej jednostce być może trzech kolegów zasługiwało na miano oficera. Pozostali to było po prostu dno. Nie dbali o siebie, nie potrafili się odezwać. Co innego żołnierze. W Chorzowie moimi podkomendnymi byli chłopcy z Podhala. Pierwszy raz miałem do czynienia z góralami. Do dziś zapamiętałem niektóre nazwiska: Gut, Kita, Pustuła, Radwański, Topolski. W `72 roku, za Gierka, ogłoszono nam na odprawie, że żołnierze mają prawo do praktyk religijnych. To było jakoś przed Wielkanocą. Stanąłem przed swoją kompanią i mówię: „Kto chce skorzystać ze spowiedzi i iść do komunii, niech przyjdzie na plac. Najpierw myśleli, że mi odpierniczyło. Ale stawili się wszyscy. Cała kompania… jedyna…
*
Jako cywil Stefan nie bardzo wiedział, co z sobą począć. Chętnie przystał na ofertę szwagra. Uruchomili w Krakowie sklep z warzywami. – Sam w to nie mogłem uwierzyć. W armii pod koniec służby, jako kapitan, zarabiałem 6 tys. zł. Tymczasem moja pierwsza wypłata jako handlowca wyniosła ponad 290 tys. – niemal 50 razy więcej. Byłem w szoku.

Poza świetnymi zarobkami, zajęcie w warzywniaku miało same minusy. Do pracy wychodziło się tuż po północy, a wracało niedługo przed północą. Dźwiganie ciężarów, zarwane noce, codzienne wyjazdy po towar na plac Imbramowski, przypominające wyprawy wojenne. To było – na dłuższą metę – nie do wytrzymania. Stefan zaczął poszukiwać nowego pomysłu na życie. Złożył wniosek o paszport i choć się tego wcale nie spodziewał, dostał wymarzony dokument podróży. Wkrótce potem spakował walizki i ruszył na saksy do Wiednia. – W Austrii zastał mnie 13 grudnia 1981 roku. Nic nie wiedziałem o stanie wojennym. Spotykam w barze znajomego Austriaka Clausa. A ten blady jak ściana ogląda telewizję. Patrzę w ekran, a tam nasz Jaruzel właśnie wyrusza na wojnę z własnym narodem. Austriacy byli przerażeni. Ruscy byli tuż za granicą i mieli wtedy 45 tys. czołgów…
*
Jak kapitan Wierzba wraz z rodziną odkryli Szczawnicę? Małżonka Stefana zawsze kochała góry. W dzieciństwie razem z rodzicami spędzała wakacje w Zwardoniu. – Pewnego razu, gdy po raz kolejny zjechałem z Austrii – wybraliśmy się ze ślubną na wycieczkę do Szczawnicy. Żona zaproponowała: kupmy tu mieszkanie. Kupiliśmy lokum w bloku, no i przeprowadziliśmy się do Szczawnicy z Krakowa. Później kupiliśmy ten domek – kapitan rozgląda się wokół z nieukrywaną dumą. Przypomina, że z przeprowadzką do Szczawnicy zbiegł się początek jego artystyczno-patriotycznej działalności. Na początku były występy w kościołach i szkołach Szczawnicy, później także na Podlasiu – w rodzinnych stronach Stefana. Kolejne spektakle oglądał Kraków i inne miejscowości Małopolski. A wreszcie przyszedł czas wyjazdów zagranicznych: do Danii, na Ukrainę i Litwę.
*
Co daje ten cały objazdowy patriotyzm? Kapitan zastanawia się chwilę. Zapewnia, że wyżyć się dziś w Polsce z patriotyzmu nie da. Jednak gra jest warta świeczki. – Zamiast kręcić interesy, to ja się zajmuję patriotyzmem. Kolejne już auto zajeździłem podczas tych swoich podróży – pan Stefan spogląda z zatroskaniem na nadgryzionego zębem czasu forda mondeo. I przedstawia wyniki ostatniej inwentaryzacji blacharskiej. Auto ma 12 dziur wielkości 5-złotówki, 43 dziury wielkości złotówki i jeszcze ze 120 pomniejszych. – Razem będzie dziur za jakieś 272 złote – uśmiecha się oficer rezerwy, gwarantując, że silnik wóz ma zdrowy „jak żyleta”. – Jeden znajomy mechanik zrobił mi za darmo remont. Mówi: „Panie kapitanie, niech pan tylko nie ustaje”. To nie ustaję… Ale coś mi się zdaje, że wy, chłopcy, to też jesteście tacy sami pieprznięci polscy patrioci, jak ja…

Marek Kalinowski

 

http://www.tygodnikpodhalanski.pl/?mod=news&id=20324

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s