Jak ukamienowali abp Stanisława Wielgusa …

lech kalkstein

„W czasach ŻYDOBOLSZEWICKIEJ PRL niepokornych KSIĘŻY MORDOWANO FIZYCZNIE. W czasach „CZWARTEJ RP” proklamowanej przez KACZYŃSKICH, DUCHOWNYCH się nie LIKWIDUJE FIZYCZNIE, tylko KAMIENUJE MORALNIE, to znaczy AMORALNIE.” !!!

*****

Henryk Pająk: ,,Prosto w ślepia”, fragment książki

W czasach żydobolszewickiej PRL niepokornych księży mordowano fizycznie. W czasach „Czwartej RP” proklamowanej przez Kaczyńskich, duchownych się nie likwiduje fizycznie, tylko kamienuje moralnie, to znaczy amoralnie.

Łajdacki spisek przeciwko temu duchownemu uknuto dlatego, że rządzącym w „Czwartej RP” judaszom i faryzeuszom był on wyjątkowo niewygodny w funkcji metropolity warszawskiego. Syn chłopa z wielodzietnej rodziny. Wybitny filozof, katolickiej ortodoksji fundamentalista. No i patriota polski. Śmiało w swych pracach naukowych, homiliach demaskujący współczesny libertynizm, „otwieranie” Kościoła na niszczycielski modernizm i ekumenizm, który jest niczym innym jak globalizmem na gruncie religii.

Pragnę tu przedstawić metodologię tego unicestwienia, jako przykład i memento – że w każdej chwili to samo mogą zmontować przeciwko każdemu duchownemu, który nie będzie odpowiadał ich oczekiwaniom, normom, ich planom, ich nienawiści do Kościoła katolickiego.

Opisując tę metodologię pragnę wykazać, jak jest niszczony wewnętrznie widzialny, instytucjonalny Kościół Chrystusa w Polsce. Gdyby porównać lincz na Arcybiskupie z procesem Chrystusa przed Piłatem, należałoby stwierdzić, że Chrystus był w lepszej sytuacji.

Chrystusa zdradził tylko jeden z apostołów. Wyparł się tylko jeden z nich. Tu Arcybiskupa wyparli się prawie wszyscy „apostołowie” Kościoła w Polsce. „Prawie”, bo w jego obronie wystąpił natychmiast i jednoznacznie ustępujący Prymas J. Glemp. Pozostali milczeli, albo wydawali ezopowe komentarze.

Wrogowie Kościoła, bo przecież nie wrogowie samego Arcybiskupa, z uciechą zacierali pulchne łapki na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Zarówno wrogowie jak i wierzący w Polsce otrzymywali dowód, że w „naszym kraju” już nie istnieje solidarna wspólnota Kościoła hierarchicznego A tym samym nie istnieje, bo nie może z tego właśnie powodu istnieć wspólnota wiernych. Ci byli jednak usprawiedliwieni, choć tylko częściowo. Urządzono im spektakl kłamstw i oszczerstw, po którym mógł zwątpić w prawdomówność i postawę Arcybiskupa niemal każdy. Tylko, że wspólnota wiernych polega chyba głównie na tym, że nawet winnemu hierarchowi przynależy się solidarność -wiernych. To przecież warunek istnienia takiej wspólnoty. I właśnie jej zabrakło.

Tak zgnojono, tym razem fizycznie, biskupa Czesława Kaczmarka w 1951 roku, oskarżonego o „szpiegostwo”, a na dokładkę o „współpracę z hitlerowcami” – wtedy najgorsze przestępstwa z wszystkich możliwych. Wtedy właśnie wdeptał biskupa Kaczmarka w ziemię Tadeusz Mazowiecki, publicysta „Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego”, publikacją z 27 września 1953 roku. Pisał „ w imieniu polskich katolików”. Napisał o księdzu biskupie C. Kaczmarku jako dywersancie Polski Ludowej, działającym na szkodę Kościoła w Polsce.

To norma, klasyka: najbardziej są zatroskani „dobrem” Kościoła właśnie „nietutejsi” usadowieni w organizacjach, strukturach i mediach „katolickich”. Tak było wtedy, tak było i teraz w przypadku arcybiskupa Wielgusa. Najbardziej furiacko, acz zawsze z „zatroskaniem” atakowali Arcybiskupa faryzeusze z prasy „katolickiej”; z „katolickiej” „Więzi”, z „katolickiego” „Tygodnika Powszechnego”. Były najbardziej niebezpieczne, bo pozorowały głosy oburzenia z wewnątrz struktur kościelnych.

Z księdzem abp Stanisławem Wielgusem stało się później dokładnie tak, jak z monstrualną prowokacją w Jedwabnem. Zawaliło się całe kunsztowne rusztowanie, na którym wznieśli szubienice dla Polaków z Jedwabnego i szubienicę dla księdza abp Wielgusa, ale wyrok został utrzymany, poszedł w świat, zabalsamowany in secula seculorum.

Bo Arcybiskup wbrew temu co z góry okrzyknięto, nie przyznał się do winy, do współpracy z Bezpieką. Nie udowodniono mu podpisania dokumentu o współpracy. Nie znaleziono ani jednego raportu księdza Wielgusa w dokumentacji esbeckiej. Nie potwierdziły się oskarżenia „Gazety Polskiej”. Nie potwierdziły się oskarżenia tzw. „Komisji Kościelnej”, bo i praktycznie nawet nie wiadomo, kto spreparował jej komunikat końcowy. Nie potwierdziły się „ustalenia” tzw. „Komisji Historycznej” powołanej przez „rzeźnika” praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego w składzie, który gwarantował sporządzenie komunikatu zgodnego z oczekiwaniem wrogów Kościoła i Polski. Postaramy się to omówić, krok po kroku, kłamstwo po kłamstwie, prowokacja po prowokacji.Pierwszą salwę w kierunku abp Wielgusa oddał tygodnik „Gazeta Polska”, piórem jej redaktora naczelnego Tomasza Sakiewicza. „Gazeta Polska” jest prostą kontynuacją żydomasońskiej „Gazety Polskiej” kierowanej poprzednio przez Piotra Wierzbickiego.

Przez szereg lat zręcznie udawał on wraz ze swoją gazetą orientację propolską, antykomunistyczną, reformatorską. Z antykomunizmu szybko wylazło antykatolickie żydło z worka, a kiedy „GP” została jednoznacznie rozpoznana przez polskich czytelników jako żydomasońska fałszywka, jej poczytność gwałtownie spadła. Wierzbicki odszedł z redakcji, na jego miejsce nastał Tomasz Sakiewicz. Jego wizytówką polityczną i zwłaszcza moralną z zakresu etyki dziennikarskiej stał się stek bezpodstawnych w świetle dokumentów, ataków na arcybiskupa S. Wielgusa. Poczytność tygodnika gwałtownie wzrosła, a pod koniec lata znów poszybowała w dół razem z „aferą” abp Wielgusa.

Zaczęło się od strony internetowej „salon 24.pl”. Pojawiła się sensacyjna informacja:

– Z dokumentów, do których dotarła „Gazeta Polska” / „dotarła! — warto zapamiętać to niepozorne słowo — H.P./ wynika niezbicie /„niezbicie”! – H.P./, że nowy metropolita warszawski, arcybiskup Stanisław Wielgus przez ponad 20 lat współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa, nosił kryptonim „Adam”. Jak wynika z dokumentów, oficer prowadzący chwalił jego oddanie i pełną dyspozycyjność. Zachowania obecnego metropolity nie zmienił ani stan wojenny, ani męczeńska śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Dziś abp Wielgus jest jednym z największych krytyków lustracji.2 Szczegóły w środowym numerze „Gazety Polskiej”.

Podpisano: Redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz.

Sakiewicz skłamał tu po raz pierwszy w tej sprawie. W tym momencie nie „dotarł” ani nie posiadał zapowiadanych dokumentów, ani nawet nie znał do-

1 Korzystam tu z cyklu publikacji Sebastiana Karczewskiego w „Naszym Dzienniku” z lipca i sierpnia 2007 roku. „Nasz Dziennik” był jedynym pismem, które wzięło w obronę Arcybiskupa, metodycznie analizując „dowody” współpracy z SB. Po prostu T. Sakiewicz nie posiadał kopii tych dokumentów, ani się wtedy z nimi — kopiami czy oryginałami, nie mógł zapoznać.

Artykuł ukazał się w „GP 20″ grudnia 2006 r. Informacje zawarte w tym artykule już nie pokrywały się z treścią zapowiedzi w internetowej stronie „salon 24.pl”.

Kolejny dowód: w przeddzień publikacji w „GP” – 19 grudnia, w drugim programie TV o godz. 18.30 Sakiewicz, rzekomo powołując się na znane mu dokumenty, stwierdzał:

– Nie chodzi o przypadkową współpracę. Nie chodzi o kogoś, kto się dał raz złamać czy popełnił jakiś błąd. Chodzi o wieloletnią, wieloletnią współpracę, która była bardzo wysoko ceniona przez Służbę Bezpieczeństwa. To naprawdę był jeden z ważniejszych agentów SB w Kościele.

Tego samego dnia, 19 grudnia 2006 roku Tomasz Sakiewicz pluł dalej na księdza Arcybiskupa w magazynie „24 godziny” w TVN 24 o godzinie 21. Powiedział, że dokumenty, na których powstał artykuł, są „tożsame z tymi, które znajdują się w archiwum IPN”. Dodał, że pokazanie tych dokumentów spowodowałoby natychmiastowe ujawnienie naszych informatorów”.

Analizując te wypowiedzi Sakiewicza, publicysta „Naszego Dziennika” Sebastian Karczewski ustalił pierwszą „nieścisłość” w rewelacjach Sakiewicza. Przedtem Sakiewicz powiedział, że „dotarł do dokumentów”, natomiast potem mówił o posiadanych „informacjach”. Potwierdza to artykuł „Tajna historia arcybiskupa”. Mówi się tam, że „Gazeta Polska” „dotarła do informacji dotyczących przeszłości nowego metropolity”.

Kolejny przekręt Sakiewicza dotyczy całkowicie mylnej, innej sygnatury akt. Kiedy na „czołówce” z 3 stycznia 2007 roku ukazała się w „GP” kolejna „rewelacja” o Arcybiskupie, pisano o numerze akt J7207. W tym samym numerze „GP” ukazała się jeszcze jedna publikacja o Arcybiskupie, autorstwa Katarzyny Hejke – wspomniany artykuł „Tajna historia arcybiskupa”, w którym autorka powoływała się na dokumenty nr: IPN BU 01285/3.

Ale to tylko drugorzędne „nieścisłości”. Przejdźmy do istotnych, które wskazują, że „przeciek” z IPN mógł być spowodowany przez trzech dżentelmenów z tzw. „zespołu” rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego w osobach: prof. A. Paczkowski /nieformalny „urzędowy” ekspert wszystkich telawizji do spraw historycznych/, Zbigniew Nosowski i ks. Tomasz Węeławski. O tym „zespole” za chwilę, bo kserokopia dokumentów z teczki przypisywanej abp Wielgusowi opublikowana na stronach internetowych, jest datowana na 4 stycznia, wydana z Instytutu Pamięci Narodowej nosi dokładnie tę samą datę – 4 stycznia! Taka data występuje na ostatniej stronie obok sygnatury. Pod datą widnieje nazwisko; Mysakowska.3

Tak więc kopie dokumentów, które 4 stycznia „GP” zamieściła na swojej stronie internetowej, zostały im udostępnione do czytania lub tylko streszczone ustnie dokładnie tego samego dnia i pochodziły z Instytutu Pamięci Narodowej!

I właśnie tego dnia mieli do nich dostęp wspomniani trzej „eksperci” z „zespołu” rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego.

Co to za eksperci, jakie mieli szanse ekspresowo „wyekspertować” przestępstwa abp S. Wielgusa, co były warte ich „ekspertyzy” – o tym poniżej.

Zacznijmy od samego rzecznika praw obywatelskich, ozdobionego wspaniale brzmiącym nazwiskiem „Kochanowski”. Nie czas tu na dywagacje o jego preferencjach w zakresie pełnionej funkcji. Poprzestańmy na następującym incydencie. W marcu 2006 roku odbywał się proces bandziora, który zgwałcił i zamordował dziewczynę. Podczas procesu matka zamordowanej nazwała go „bydlakiem”. Bandzior obraził się i jego adwokat zażądał od matki zamordowanej 70 000 złotych odszkodowania za naruszenie jego dóbr osobistych! Miała się odbyć w tej sprawie osobna rozprawa, w której morderca zamienił się w ofiarę obelgi. Sprawa musiała oprzeć się o biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, bo jego rzecznik prasowy o nazwisku Orszagh, natychmiast nazwał tego bandziora-mordercę „szambem”. Janusz Kochanowski zwolnił go za ten epitet z funkcji rzecznika! Zapewne zwolnił go nie tylko za to, ale „szambo” stało się chyba kroplą, która przelała prawdziwe szambo. Pamiętamy, jak o. T. Rydzyk nazwał sabat ciot rewolucji seksualnej u p. Prezydentowej „szambem”. Aż dziw bierze, że o. Dyrektor nie musiał za tę „obelgę” wybulić, plus minus około miliona złotych! Ciągnąc już tylko przekornie wątek „bydlęcia” dałoby się zapytać, dlaczego obrońcy praw zwierząt także nie zaskarżyli matki zamordowanej, tym razem o obrazę dobrego imienia bydląt? A powinni, bo bydlęta nie mordują i nie gwałcą!

Tak oto, kiedy prawo zmierza ad absurdum, ktoś musi być poszkodowany: ludzie czy bydlęta – wsio rawnol

Rzecznik Janusz Kochanowski powołał wspomniany „zespół” w składzie: prof. A. Paczkowski, Z. Nosowski i ks. T. Węcławski. Jednocześnie w tym samym dniu, z zawartością teczki abp. Wielgusa zapoznała się tzw. Kościelna Komisja Historyczna w składzie: ks. prof. dr hab. Jerzy Myszor, prof. Wojciech. Łączkowski, prof. dr hab. Zbigniew Cieślak, ks. prof. dr hab. Jacek Urban i ks. dr hab. Bogdan Stanaszek.

Uprzedzając orzeczenia obydwu eksperckich komisji należy zapytać, dlaczego obydwie komisje nie zadały sobie, a zwłaszcza kierownictwu IPN pytania, jak stamtąd „wyciekły” treści dokumentów do mediów? Takie pytania musiały pojawić się na samym wstępie, bowiem ten „przeciek” /kontrolowany?/ stanowił jawne naruszenie prawa. To samo pytanie należało już ponad pół roku temu od czasu gdy to piszę, postawić prokuraturze, a nie postawiono, ani ona go nie postawiła. Zmowa milczenia? Znak zapytania jest tu chyba zbyteczny.

Na chwilę powracamy do T. Sakiewicza. S. Karczewski w publikacji „Kłamstwo „Gazety Polskiej”, niestety opublikowanej dopiero pół roku po medialnym morderstwie na Arcybiskupie, oznajmiał expressis verbis, ii Sakiewicz w pierwszym programie TVP z 19 grudnia /godz. 15.00/ kłamał. Zarzucił naczelnemu „GP” umyślne kłamstwo, a ten nie podał go do prokuratury i sądu o naruszenie jego przecież nienaruszalnych dóbr osobistych. Na skutek tego milczenia, Sakiewicz zaczął od tej chwili być odbierany w tej misternie wyhaftowanej prowokacji jako manipulator i kłamca.

Sakiewicz stwierdził przecież ze śmiertelną powagą:

– Dokumenty były porażające i muszę powiedzieć, że sami autorzy byli przerażeni tym, co zobaczyli.

Tymczasem w wieczornym wydaniu „Wiadomości” z 19.30 już wycięto te „porażające dokumenty”. Może dlatego je wycięto, iż „porażeni autorzy” jednak ożyli, powstali, otrzepali zbrukane szaty cali i zdrowi.

W kłamstwach Sakiewicza nie było żadnych dowodów przeciwko Arcybiskupowi, toteż „mendia” zaczęły gorączkowo ich poszukiwać.

Na dzień przed paszkwilem „GP”, zabrał głos w Katolickiej Agencji Informacyjnej cieleśnie jeszcze żywy, a zawłaszcza wciąż jeszcze aktualny nowy metropolita ks. prof. Stanisław Wielgus oświadczając:

– Ktoś prawdopodobnie jest zainteresowany, aby mnie skompromitować w chwili, gdy obejmować będę urząd arcybiskupa warszawskiego. Kierowane wobec mnie oskarżenia wyrażane są być może z uwagi na moje poglądy ideowe, filozoficzne i społeczne, które niejednokrotnie prezentowałem, a z którymi wiele osób pewnie się nie zgadza. Prorocze słowa: chcą go skompromitować właśnie przed ingresem, a chcą skompromitować z powodu jego poglądów jako duchownego i filozofa.

Ks. prof. abp Wielgus przypomniał, że w czasach PRL każdy duchowny miał w Bezpiece swoją „teczkę”, a jego szykanowano już od 1965 roku za pracę z młodzieżą. Był „obsmarowywany” w lokalnych /lubelskich/ tubach propagandowych z inspiracji SB, musiał też stawić się na „rozmowy” ostrzegawcze w siedzibie tej strażnicy /nie/ bezpieczeństwa. Dodał też, że zgodnie z procedurami ustanowionymi przez Prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego, o tych rozmowach informował swojego biskupa Piotra Kałwę, a ten nie zabraniał tych rozmów, tylko zalecał daleko posuniętą ostrożność i ogólnikowość. Nawiązał też do „słynnego” wkrótce wyjazdu do Niemiec, jako rzekomo powodu, dla którego nawiązał współpracę z Bezpieką:

– Gdy jechałem na stypendium naukowe do Niemiec, to musiałem napisać dokładnie, co będę robić w tym kraju i z jakich materiałów archiwalnych, jako historyk pragnę tam skorzystać. Podpisałem też oświadczenie, że nie będę podejmować /tam – H.P./ żadnych działań przeciwko Polsce Ludowej.

Wyjaśnienia Arcybiskupa już nie interesowały „mendiów”. Wyrok już zapadł. W audycjach telewizyjnych rozpoczęła jego metodyczna egzekucja „na raty”. „Panorama” w programie drugim TVP o godz. 18.30, ogłosiła w audycji Joanny Bukowskiej, iż abp S. Wielgus współpracował z Bezpieką przez 20 lat i był gorliwym donosicielem. W tym samym materiale „puszczono” Sakiewicza, który dobił Arcybiskupa cytowanymi już słowami: „Nie chodzi o przypadkową współpracę…

Łaskawie dano też głos oskarżonemu, który stwierdził:

– Próbowano mnie zwerbować do określonych działań, ale nigdy nie podjąłem żadnych działań wymierzonych przeciwko komukolwiek…

W tej samej audycji musiało paść i wreszcie padło pytanie o to, czy owe dokumenty znajdują się w IPN. Powołano się na prezesa J. Kurtykę, a ten odpowiedział:

– Jeśli są, to oficjalną drogą na pewno nie dostały się w ręce dziennikarzy.

W głównym wydaniu „Wiadomości TV I” rewelacje o ks. abp. Wielgusie były już głównym newsem. Tu już nie posługiwano się imperatywem: „współpracował”, tylko „miał współpracować”. Starannie też powoływano się na „Gazetę Polską” jako źródło informacji. Oznajmiano, że Arcybiskup „zdecydowanie zaprzecza” i że „W tle pojawiają się pytania, czy Watykan wiedział…” Wtedy właśnie wycięto poprzedni zwrot Sakiewicza o „porażających dokumentach”, ale w zamian za to Sakiewicz dorzucił frazę: „…człowiekiem, który przez SB był uważany za niezwykle cenne źródło informacji.”Tymczasem – dodajmy wyprzedzając czas i późniejsze ustalenia – przez następne ponad pół roku nie znaleziono ani jednego raportu tego „cennego źródła informacji”, nie odnaleziono deklaracji współpracy!

Wypowiedź Arcybiskupa starał się zdyskredytować Jacek Karnowski stwierdzeniem, że abp S. Wielgus „ostro krytykował lustrację” – w domyśle bo sam był donosicielem. Ten czarnooki i siarczyście kruczowłosy młodzian postarał się też zdyskredytować opinię watykanisty Salvatore Izzo, który miał stwierdzić, że nie ma takiego zagrożenia, iż Watykan nie znał dossier Arcybiskupa podejmując decyzję o jego nominacji na metropolię warszawską. Karnowski natychmiast obrócił tę wypowiedź przeciwko Watykanowi:

– Nie można też wykluczyć, że poprzez nominację arcybiskupa Wielgusa Watykan chciał wyrazić sprzeciw wobec lustracji księży.

Następnie inny „katolicki” publicysta T. Terlikowski stwierdził, że jeżeli Watykan wiedział, a mimo to nominował abp Wielgusa, to był to właśnie „taki sygnał” o dezaprobacie wobec lustracji duchownych.

Po nim wystąpił prezes IPN Janusz Kurtyka. Poinformował, że istnieją już dwie komisje historyczne, w tym komisja Episkopatu. Jeżeli komisja uzna potrzebę zapoznania się z dokumentami, to je otrzyma. I dodał spiesznie: „Jeżeli takowe będą”.

Tak więc prezes IPN wciąż nie wiedział, czy takowe dokumenty są w archiwach, czy „takowych” tam nie ma.

Komisja Historyczna powołana przez Episkopat działała już od kilku miesięcy zatem nie powstała w sprawie abp Wielgusa. Pojawiało się podstawowe pytanie: dlaczego akurat teraz, nagle znalazły się materiały obciążające abp S. Wielgusa: teraz, przed ingresem?

T. Terlikowski nieopatrznie „chlapnął”: – Wychodzi właśnie teraz, ponieważ teraz znamy tę nominację. Wcześniej nie była ona znana. Wcześniej były sugestie. Słowem, dokumentów i afery by nie było, gdyby nie nominacja! W publikacji „GP” z 20 grudnia Sakiewicz oznajmił:

— Daliśmy też biskupowi możliwość odpowiedzi na nasze pytanie.

Nie wyjaśnił, jaka to była „możliwość”. Otóż przed publikacją artykułu „nawiedził” abp Wielgusa pracownik IPN dr Jan Zaryn, współpracujący z „GP” dyrektor Biura Edukacji Publicznej w IPN. Podczas długiej rozmowy z dr. J. Żarynem, abp Wielgus zdecydowanie zaprzeczał swojej współpracy z SB. Zresztą dr Jan Zaryn zapewniał Arcybiskupa, że w IPN nie istnieją materiały go obciążające.

Ale tak naprawdę, to wykonawcami medialnego wyroku śmierci na abp .Wielgusie byli tzw. „katoliccy publicyści”. Stara to metoda od czasu dobijania biskupa Czesława Kaczmarka w 1953 roku prze „katolickiego” publicystę Tadeusza Mazowieckiego. Jednym z takich faryzeuszy był Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny katolickiej „Więzi”. Kiedy „Gazeta Wyborcza” 21 grudnia zamieściła artykuł już w tytule wyjaśniającym intencje:, „Bo judasz był biskupem”, to wewnątrz tego samego wydania „Gazety Koszernej” opublikowano dywagacje tegoż Zbigniewa Nosowskiego. Pozornie krytykując „Gazetę Polską” Nosowski zapytał: „Co dalej, gdyby się okazało, że jednak to prawda?

„Katolicki” publicysta, redaktor naczelny katolickiej „Więzi” nie zadał pytania odwrotnego: Co dalej, gdyby się okazało, że to nieprawda? To znaczy, że ukamienowano niewinnego człowieka? Hierarchę Kościoła katolickiego?

W dalszych dywagacjach Nosowski rozkazywał, co Arcybiskup ma robić:

– Powinien powstrzymać się przed objęciem nowego urzędu.

O to przecież toczyła się ta brudna gra. Taktyka apriorycznej egzekucji kazała Nosowskiemu oraz innym „katolickim” publicystom całkowicie pominąć ewentualną „porażającą” okoliczność, że zarzuty mogą okazać się niesłuszne. Ta możliwość już ich nie porażała. Ba, ona nie istniała!

Odzywali się także inni, już nie „katoliccy” publicyści. Piekielnie czarnooki Piotr Semka z „Rzeczpospolitej” /21 grudnia/ z oburzeniem stwierdzał, że przez 15 lat biskupi nie zrobili nic, aby wyjaśnić sprawę „uwikłania” niektórych „duchownych w PRL”. Stosując ten sam trik pozornej krytyki „GP”, w istocie „dokładał” Kościołowi, bo, jak zapewniał,

– Informacje o kontrowersyjnych dokumentach w IPN na temat arcybiskupa pojawiły się w mediach jeszcze przed decyzją Stolicy Apostolskiej. I chyba od początku nie było wątpliwości, że jakieś dokumenty dotyczące arcybiskupa Wielgusa SB zgromadziła/…/Nic też nie wiadomo o tym, by ktokolwiek z polskiego episkopatu czy z nuncjatury występował do IPN o wgląd w takie dokumenty.

Ewa Czaczkowska w tejże „Rzepie” pytała:

– W jaki sposób Watykan poznał przeszłość metropolity warszawskiego, skoro strona kościelna nie występowała o dokumenty do IPN?

Powróćmy do dwóch przezacnych „komisji”. Impuls do powołania komisji przez rzecznika praw obywatelskich dało wystąpienie grupy senatorów z 21 grudnia do Janusza Kochanowskiego, z prośbą o interwencję w sprawie oskarżeń rzucanych pod adresem abp Wielgusa. Rzecznik Praw Obywatelskich namyślał się przez osiem dni nad odpowiedzią, gdy w tym czasie „mendia” metodycznie kamienowały abp. Wielgusa.

A przecież senatorowie pisali:

—… Akcja ta ma na celu burzenie i rujnowanie autorytetów moralnych w Kościele rzymskokatolickim, ale jest też uderzeniem w podstawowe wartości państwa polskiego. Senatorski Klub Narodowy stoi na stanowisku, że ani dziennikarze, ani nikt inny nie ma prawa szargać dobrego imienia kogokolwiek bez przeprowadzenia obiektywnego postępowania dowodowego, bez udokumentowania zarzutów i przesądzenia o ich zasadności w trybie przepisanym prawem…

Gdyby to była akcja burzenia autorytetów przedstawicieli rasy wyższej z gatunku Geremków, Michników, Krzaklewskich, Mazowieckich, na których przecież nie ma i nigdy nie będzie żadnych dowodów współpracy z Bezpieką, to co innego. A gdyby jednak jakimś cudem się odnalazły czy Jego Eminencja rzecznik praw obywatelskich nomen omen Kochanowski ruszyłby z odsieczą? W tym przypadku namyślał się osiem dni. Czas ten upłynął mu na podejmowaniu decyzji tylko o tym, czy powołać komisję czy nie powołać. Wreszcie podjął decyzję o powołaniu, no i powołał; powszechnie szanowanych, cieszących się najwyższym autorytetem moralnym i naukowym gigantów moralnych i naukowych. Powołał ich, aby byli łaskawi zapoznać się z odpowiednimi materiałami, o ile takie istnieją w Instytucie Pamięci Narodowej.4

Tak się oto dziwnie złożyło, że Rzecznik udzielił pisemnej odpowiedzi autorom odezwy dopiero 29 grudnia 2006 r., a właśnie dokładnie tego samego dnia dr Jan Zaryn z IPN „przesłuchał”, pardon – odbył rozmowę z abp S. Wielgusem. Tego też dnia inny nietykalny z Instytutu – dr A. Dudek poinformował na antenie Programu III Polskiego Radia, że w IPN odnaleziono zasadniczą część materiałów przeciwko abp. S. Wielgusowi.

Janusz Kochanowski podał nieprawdziwą, kłamliwą informację, iż powołał grupę „niezależnych ekspertów”, czyli prof. A. Paczkowskiego, Zbigniewa Nosowskiego oraz ks. Tomasza Węcławskiego. O tej „niezależności” wspomnianych ekspertów świadczą następujące fakty. A. Paczkowski, to były członek Kolegium IPN, rekomendowany przez Platformę Obywatelską, „adwokat stanu wojennego” który niegdyś poparł tendencyjne końcowe ustalenia w sprawie zbrodni w Jedwabnem.5 Po drugie: prof. Paczkowski i Z. Nosowski są wykładowcami na tej samej uczelni – Collegium Civitas, a ks. T Węcławski zasłynął jako publiczny oskarżyciel abp Juliusza Paetza /homoseksualizm/, które to oskarżenie publiczne, słuszne czy nie, księdza przez księdza, było wyjątkowo znamienne. Ks. Węcławski współpracował też z redakcją „Więzi”, a właśnie jej redaktorem naczelnym był trzeci „niezależny autorytet moralny – tenże Zbigniew Nosowski. Ks. T Węcławski współpracował również z antykatolickim „Tygodnikiem Powszechnym”, a właśnie z tym tygodnikiem był związany prof. A. Paczkowski.

Zaiste, miał doskonałego „nosa” Rzecznik Janusz Kochanowski, dobierając tę trójkę skumplowanych „niezależnych autorytetów”,

Kiedy 4 stycznia 2007 wszystkie „mendia”, na czele ze stacjami telewizyjnymi ogłosiły o „niezaprzeczalnej” współpracy abp Wielgusa z Bezpiekę, powołały się właśnie na wyniki „badań” tejże przezacnej, obiektywnej „komisji”. Uprzedzając nieuniknioną kompromitację tej „komisji” i samego siebie, Janusz Kochanowski dwa dni przedtem, 2 stycznia zastrzegł się na antenie TVN:

– Ja nie powołałem komisji, ja zwróciłem się jedynie do trzech mężczyzn /starannie przezeń dobranych! – H.P./, co do których żywię szacunek i zaufanie.

Matactwo rzecznika i przekaziorów „mendialnych” polegało na wspólnocie działania. Rzecznik „powołał komisję”, która okazała się nie komisją tylko „grupą mężczyzn” bez uprawnień komisji, ale „mendia” mianowały tamto zgrane „trio” za komisję i powołały się na jej „orzeczenie” o tym, że w świetle dostępnych dokumentów nie podlega wątpliwości fakt świadomej tajnej współpracy ks. Stanisława Wielgusa ze Służbą Wywiadu w latach 1973 -1978. Tak oto wyrok zapadł mocą autorytetu „komisji” powołanej przez rzecznika praw obywatelskich i „w świetle dostępnych dokumentów”. Czegóż by jeszcze potrzeba, aby dać rozkaz: „Ognia!” licznym plutonom egzekucyjnym medialnych mend?

Owa „komisja” czy – jak sprostował sam rzecznik – „grupa mężczyzn”, nie dokonała żadnych badań archiwalnych, bo nie miała na to żadnych szans czasowych, a zwłaszcza takowych zamiarów. Wszystko co mogła zrobić, to pobieżnie przejrzeć świstki znajdujące się w teczce abp Wielgusa. Otwarcie to przyznał ks. Węcławski w wywiadzie dla Gazety Wyborczej”:

– My jednak nie mieliśmy dokonać oceny tych dokumentów. Poproszono nas jedynie o ich przejrzenie i przekazanie rzecznikowi opinii o ich zawartości, tak żeby mógł on podjąć decyzję, jak ma postąpić.

Tak oto, rzecznik praw obywatelskich niemal fizycznie przyłożył rękę do medialnego ukamienowania abp Wielgusa. Tak było w czasach najbardziej mrocznego dziesięciolecia rządów sowieckiej żydobolszewii w Polsce, kiedy w kręgach sądowych i prokuratorskich żydowskich morderców panowało powiedzenie: „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. No i znalazł się. Wzorce były gotowe, wypróbowane już przed dziesięcioleciami.

Zakładając, że w tej trójce „badaczy”, ks. Węcławski i Z. Nosowski byli dyletantami w zakresie kwerend archiwalnych, to takiego usprawiedliwienia nie można przypisać prof. Paczkowskiemu, m. in. członkowi Kolegium IPN. Zachował się jednak jak dyletant, albo jak świadomy uczestnik niszczenia abp Wielgusa. Porównajmy jego postawę z opisem metodologii prac historyka nad dokumentami. Oto w Biuletynie IPN wypowiedział się prof. Andrzej Chojnowski – szef Zakładu Historii XX wieku w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego:

– My doskonale wiemy, że te dokumenty trzeba weryfikować, poddawać procedurze krytyki źródeł. Jeżeli nawet te materiały policyjne posiadają swoją własną specyfikę, to aż tak bardzo nie odbiega ona od innych źródeł, z którymi mamy do czynienia, żebyśmy zapomnieli o elementarnych zasadach naszego zawodu.

Zespół /„grupa”/ powołany przez J. Kochanowskiego nie podjął najmniejszej próby takiej weryfikacji „z zachowaniem elementarnych zasad naszego zawodu”. Pomijając wymienione tu rażące „błędy w sztuce” bycia rzecznikiem praw Obywatelskich i błędy w sztuce weryfikacji źródeł historycznych, nie można pominąć faktu, iż Janusz Kochanowski dopuścił się jawnego naruszenia prawa, ponieważ zlecił szperanie w teczce biskupa bez jego zgody /!!/. Co więcej

– bez pytania o taką zgodę! Do takiego naruszenia prawa i tzw. dóbr osobistych Arcybiskupa, nie dopuściła się Kościelna Komisja Historyczna.

„Zespół” rzecznika praw obywatelskich „pracował” dwa dni, ale to wystarczyło aby wydać wyrok, iż świstki SB są nieomylne! Oświadczył bowiem publicznie, iż „ w świetle dostępnych dokumentów nie podlega wątpliwości fakt świadomej współpracy ks. Stanisława Wielgusa ze Służbami Bezpieczeństwa…” Rzecznik praw obywatelskich, czyli osoba urzędowo najwyżej postawiona w hierarchii obrony tychże „praw obywatelskich”, dopuściła się rażącego naruszenia swych uprawnień. J. Kochanowski przyjął na siebie funkcję publicznego oskarżyciela abp. Wielgusa i przyznał sobie funkcję zarówno prokuratora, jak i sądu.

S. Karczewski rekapitulował:

– Po raz pierwszy obywatel Polski został zlustrowany przez rzecznika praw obywatelskich, i to bez własnej [obywatela] prośby i zgody.

Tak oto już bez żadnych przeszkód ruszyła medialna nagonka na ks. abp. Wielgusa. Ruszyli do boju pismacy „Wprost”, „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, twardo trzymała się swych oszczerstw „Gazeta Polska”. Szczególną siłę rażenia miały wypowiedzi Judaszy grasujących w przebraniu publicystów „katolickich”. Wyjątkowo nikczemnie zabrzmiały słowa o. Pawła Kozackiego – przeora zjudaizowanego zakonu dominikanów w Poznaniu.
– redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”:

– W kontekście całej sprawy bardzo mnie niepokoi wyłanianie hierarchów w Kościele. Dziwię się, jak można było na tak ważne stanowisko powołać kogoś bez sprawdzenia jego przeszłości.

Tak więc ojczulek Kozacki orzekł, że Stolica Apostolska nie znała „przeszłości” /wiadomo jakiej!/ abp. Wielgusa. A przecież oficjalny komunikat Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej stwierdzał jednoznacznie, że przeszłość ta była Stolicy Apostolskiej dobrze znana, tym samym ta znajomość pozwoliła jej powołać abp. Wielgusa na stanowisko metropolity warszawskiego.

[CDN…]

http://komitetnarodowy.pl/komitet/ogloszenia/item/2025-jak-ukamienowali-abp-stanis%C5%82awa-wielgusa

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Jak ukamienowali abp Stanisława Wielgusa …

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s