Prezydent Przemyśla wydaje 12 mln zł na kultywowanie pamięci o UPA

Przemyśl-miliony na UPAPRZEMYŚL – JESZCZE POLSKI czy JUŻ UKRAIŃSKI !!!

*****

W projekcie budżetu miasta Przemyśl pt. “Lokalny Program Rewitalizacji Miasta na lata 2010-2015” znajdziemy zapis, gdzie postanowiono przeznaczyć 900 tys. zł na ochronę, konserwację Ukraińskiego Cmentarza Wojskowego w Przemyślu.

Na wymienionym wyżej cmentarzu spoczywają żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii, którzy jeszcze w 1946 roku atakowali i mordowali polską ludność zamieszkującą w miejscowości Bircza, pod Przemyślem. W budżecie natomiast nie znaleziono środków finansowych na polskie cmentarze, które nie są remontowane od wielu lat, mimo że potrzebują natychmiastowej renowacji.

W dalsze części dokumentu zatwierdzonego przez prezydenta Przemyśla – Roberta Chomy możemy przeczytać o planowej renowacji zabytkowego budynku przy ul. T. Kościuszki 5, który został oddany Związkowi Ukraińców w Polsce. Na remont nieruchomości przeznaczono 3 mln zł. Ponadto kolejne prawie 8 mln zł trafi na remont siedziby greckokatolickiego arcybiskupa.

wmeritum.pl

http://pl.novorossia.today/publications/world/prezydent-przemy-la-wydaje-12-mln-z-na-k.html

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Prezydent Przemyśla wydaje 12 mln zł na kultywowanie pamięci o UPA

  1. SZOK! Gen. Hermaszewski: Jak przebiegała akcja UPA w Polsce

    Gdy wypadałem z rąk postrzelonej mamy, nie zauważyli mnie. Albo przykryła mnie własnym ciałem, albo wpadłem w zaśnieżone zarośla – opowiada naTemat gen. Mirosław Hermaszewski, który – jako 1,5-roczne dziecko – cudem ocalał z rzezi wołyńskiej.

    Ukraińscy nacjonaliści zabili na miejscu m.in. jego dziadka, ojciec zmarł w szpitalu w wyniku odniesionych ran.

    Niedawno minęła kolejna rocznica ataku UPA na Pańską rodzinną miejscowość – Lipniki. Ukraińscy nacjonaliści zabili wtedy 182 osób; Pan, jako półtoraroczne dziecko, cudem ocalał…

    Wszystko dzięki mamie.

    Czy to ona właśnie opowiedziała Panu o tragicznych wydarzeniach, do których doszło z 26 na 27 marca 1943 roku?

    Kiedyś się o tym nie mówiło, nawet w domu. Chyba że szeptem. Nigdy przy kimś. Z czasem, głównie przy okazji świąt, mama wracała myślami do tej tragicznej historii. Mówiła, że mieszkaliśmy wśród Ukraińców, ale w zgodzie. Szczególnie mój dziadek miał wielu ukraińskich przyjaciół, nazywał ich „braćmi”.

    Aż do czasu, gdy do rodzinnej miejscowości zaczęły dochodzić informacje, że w sąsiednich wsiach kogoś zabito czy podpalono. Narastała trwoga. Ojciec był w oddziale samoobrony, nocą pełnił dyżury.

    Mama każdemu dziecku – a miałem sześcioro rodzeństwa – przygotowała już zawczasu tobołek z najpotrzebniejszymi rzeczami na wypadek konieczności ucieczki. Dzieci otrzymały instruktaż, aby w razie ucieczki kierować się do lasu. Dwa tygodnie spaliśmy w gotowości w ubraniach, ale kiedy pojawiła się piękna księżycowa noc, mama powiedziała, że nie powinno się nic złego zdarzyć. Mama nas rozebrała, umyła, przebrała w koszule. Ledwie usnęliśmy i zaczęła się potworna strzelanina.

    Jak przebiegała akcja UPA?

    Napastnicy okrążyli wieś, otworzyli ogień z karabinów maszynowych; używano też zapalających kul. Domy był kryte strzechą lub gontem. Szybko stawały w ogniu. Wtedy banderowcy przystąpili do szturmu i rozpoczęli systematyczną rzeź.

    W pierwszej fali szli uzbrojeni w broń palną, tuż za nimi pospolite ruszenie – z kosami, widłami i siekierami, potem okoliczni mieszkańcy, którzy grabili majątek. Mama pozrywała dzieci z łóżek, posadziła przy piecu i przykryła pierzynami. Wierzono wtedy, że kule nie przelecą przez pierze.

    Nagle wpadł tata z karabinem, kazał mamie uciekać. Sam wyskoczył bronić wsi. Wszyscy zaczęli uciekać, w różnych kierunkach. Mama ze mną na plecach, aż na drodze stanęło trzech banderowców. Nie zareagowała na rozkaz zatrzymania się, kule świstały. Jeden z oprawców dogonił mamę i z bliska strzelił w głowę. Kula przeleciała koło skroni, rozerwała ucho. Mama upadła nieprzytomna. Pojawiło się dużo krwi, banderowcy uwierzyli, że zabili.

    Często zdarzało się, że oprawcy zabijali wszystkich, nawet małe dzieci. Panu się udało.

    Gdy wypadałem z rąk postrzelonej mamy, nie zauważyli mnie. Albo przykryła mnie własnym ciałem, albo wpadłem w zaśnieżone zarośla.

    Co dalej stało się z Pana mamą?

    Kiedy odzyskała przytomność, będąc jeszcze w ogromnym szoku, zerwała się i zaczęła uciekać. W sąsiedniej wiosce zajęły się nią znajome Ukrainki. Przemyły ranę, dały okrycie, kubek mleka. Wtedy spostrzegła, że nie ma przy sobie dziecka. W szoku chciała wracać, ale siłą ją zatrzymano.

    Rozpacz matki była nie do opisania. Rano tata z moim starszym bratem Władysławem poszli szukać poległych. Naliczyli 18 zabitych z całej rodziny – Hermaszewskich i Bielawskich. Szczęśliwie wszyscy z rodzeństwa przeżyli. Zginął dziadek, który ufny w przyjaźń z Ukraińcami nawet nie chciał uciekał, bo nie wierzył, że mu zrobią coś złego. Przypłacił to siedmioma uderzeniami bagnetu w pierś.

    Jak Pana odnaleziono?

    Tata zobaczył leżący na śniegu koc, w który byłem zawinięty. Wyglądałem na nieżywego, byłem blady. Nie wiem skąd u 44-letniego mężczyzny było tyle determinacji. Widział, że byłem zmarznięty, bo leżałem całą noc na mrozie. Następnie pojmał błąkającą się krowę, nadoił mleka, wykąpał mnie w nim w jednej z chałup, natarł szmatami w celu rozgrzania ciała. Przywrócił mi życie. Ale ojca w końcu dopadli.

    Kiedy?

    Banderowcy spalili wszystko, całą wieś. Przenieśliśmy się do miejscowości Berezne nad Słuczą. Zbliżał się okres żniw, tata pojechał z braćmi na pole. Był koniec sierpnia 1943 roku. Gdy wracali wozem został postrzelony w klatkę piersiową. Nieprzytomny spadł na drogę. My wiemy kto to zrobił, nawet znamy nazwisko. To był Ukrainiec, mieszkaniec Lipnik…

    Razem z mamą chodziliśmy do szpitala, gdzie leżał tata. Płakałem, że nie mógł brać mnie na ręce, był przepasany bandażami. Pamiętam te wizyty. Tata zmarł po kilku dniach. Kula naruszyła osierdzie i wyszła łopatką. Dziś byłaby to prosta operacja, wtedy okazała się śmiertelna.

    A antypolskie akcje ciągle trwały…

    Mama została bez środków do życia, całkowicie nam się jednak poświęciła. Wynajęła jakieś pomieszczenie po rzeźni, bez okien. Spaliśmy na betonowej podłodze przykrytej słomą, jak króliki. Mama była praczką, kucharką, sprzątaczką. Robiła wszystko, byśmy mieli co włożyć do ust. Jak trzeba było to oddała za dwa bochenki chleba obrączkę ślubną.

    W tej krytycznej sytuacji pomagała nam pewna Ukrainka, która z litości nade mną ofiarowała jedną z dwóch kóz. To był przecież wtedy majątek! Dzięki temu przeżyłem. W tych tragicznych momentach byli także dobrzy Ukraińcy. Potem, już w 1944 roku, mieszkaliśmy na plebani u księdza Rossowskiego w Bereznem.

    Na ojcowiznę pojechałem dopiero w latach 80. Nie było już kościoła, ale poznałem miejsce, gdzie mieszkałem. Wtedy mieściło się tam muzeum etnograficzne. Tymczasem po Lipnikach nie zostało nic.

    Kiedy się Pan dowiedział o swym ocaleniu?

    O tym się w ogóle nie mówiło. Po raz pierwszy napisano o tej tragedii w rosyjskim periodyku, po moim powrocie z kosmosu. Mama całe zdarzenie przedstawiła dziennikarzom.

    Wspominał Pan o dziadku, który miał wielu ukraińskich przyjaciół. Mieszkali w Pana rodzinnej wsi?

    To była mieszana, polsko-ukraińska wieś, podobnie jak wiele innych miejscowości. Żyliśmy w sąsiedzkiej zgodzie, pomagaliśmy sobie, razem obchodziliśmy święta, polskie i ukraińskie dzieci chodziły do tych samych szkół. Częste były też mieszane małżeństwa.

    Zbrodnia wołyńska pochłonęła ok. 100 tys. polskich ofiar. Dla Pana to jednoznacznie ludobójstwo?

    Absolutnie tak. Na wojnie ludzie giną, ale jeżeli dochodzi do eksterminacji ludności tak, jak stoją – od niemowlęcia do starca – i to w sposób, aby zadać jak najwięcej cierpień, to jak to inaczej nazwać? Tym bardziej, nie robiono tego pod wpływem emocji, ale kierownictwo UPA wydawało precyzyjne rozkazy, jak eliminować polską ludność. Tę treść można zawrzeć w trzech punktach: wyrżnąć Polaków, domy spalić, dobytek zabrać.

    Nie mogę zrozumieć, dlaczego nasz Sejm przyjął uchwałę, jakoby w imię jakich racji uznano, że rzeź wołyńska była tylko czystką o znamionach ludobójstwa. Napastnicy pastwili się nad kobietami, cięli piłami, odrąbywali ręce, wbijali gwoździe w głowy. To się nie mieści w jakichkolwiek kanonach współżycia między ludźmi.

    Zachowały się zdjęcia pomordowanych w Lipnikach. Leżały tam także dzieci, takie jak ja.

    Ma Pan dziś żal do Ukraińców?

    Jako dziecko bardzo cierpiałem z tego, co nam banderowcy zrobili. Ale do Ukraińców jako narodu żalu nie mam. Mam wśród nich wielu znajomych, którzy publicznie już dawno potępili te zbrodnie. Ale ktoś tam, na zachodnie Ukrainie, ciągle podpala petardę nacjonalizmu.

    Obchodziliśmy dwa lata temu 70-lecie zbrodni wołyńskiej. Czego Panu wtedy zabrakło?

    To były obchody ciche, które przeszły bez większego echa. W Warszawie, gdzieś na peryferiach, na Żoliborzu – u zbiegu ul. Gdańskiej i Trasy Armii Krajowej, odsłonięto pomnik ku czci pomordowanych. Mam żal, że nie zaproszono mnie na uroczystości, które się tam odbywały. Wziąłem w nich udział, ale byłem tam „nielegalnie”.

    Czy widzi Pan szansę na pojednanie polsko-ukraińskie? Co powinno się stać, aby takowe osiągnąć?

    Nadzieję trzeba mieć zawsze, ale obawiam się, że w tym układzie politycznym nie ma co liczyć na zdecydowanie postępowanie w tej sprawie. Nasi politycy co prawda na Ukrainę jeżdżą, wygłaszają tam płomienne przemówienia, ale za ich plecami powiewają banderowskie flagi. Czy oni ich nie widzą?

    Nawiązuje Pan do wydarzeń z Majdanu Niepodległości w Kijowie?

    Oczywiście. Ruchy nacjonalistyczne na zachodniej Ukrainie są bardzo niepokojące. W imię zbliżenia Ukrainy do Europy, prawda musi zwyciężyć.

    Ale jak do tej prawdy dojść?

    Wiele zależy od chęci pojednania, ale trzeba przyznać się do rzeczy strasznych. Musi to mieć odzwierciedlenie w wychowaniu i nauczaniu młodzieży. Historycy muszą podać fakty – w imię przyszłości. Tak, jak było w przypadku naszych stosunków z Niemcami.

    W interesie Polaków leży niepodległa Ukraina, czyż nie?

    Oczywiście. Ale nie można budować relacji z tym krajem kosztem stosunków z Rosją, które mocno się pogorszyły. To wina polityków.

    A nie dostrzega Pan niebezpieczeństwa w związku z rozwojem nacjonalizmu rosyjskiego?

    Nacjonalizm jest zjawiskiem bardzo niebezpiecznym, bez względu na to, w jakim kraju się pojawia. Tym gorzej dla nas, jeśli się pojawia w państwie sąsiednim. Znam bardzo wielu Rosjan z różnych środowisk społecznych – oni nie podzielają obecnej polityki Kremla.

    Na zachodniej Ukrainie kaci Polaków tacy jak Stepan Bandera czy Roman Szuchewycz mają swoje pomniki, widzi się w nich bohaterów. Ostatnio SLD przedłożył Marszałkowi Sejmu projekt ustawy, która przestrzega przed rosnącym w siłę ukraińskim nacjonalizmem. Podpisuje się Pan pod tym?

    Słuszna inicjatywa. Szkoda jednak, że Miller nie zgłosił jej parę lat temu. Choćby wtedy, gdy w Sejmie rozpatrywano potępienie akcji „Wisła”. Bo my, nie wiem dlaczego, przyznaliśmy się do tego, czego nie popełniliśmy. Mimo że, strona ukraińska nie potępiła swoich potwornych zbrodni.

    Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz przyznał właśnie, że Polska nie potępi razem z Rosją ukraińskiego nacjonalizmu, bo kraj ten – jak tłumaczył – okupuje część Ukrainy. Słowem: oba kraje nie potępią wspólnie UPA. Co Pan na to?

    Pozostawiam bez komentarza.

    Ma Pan nadzieję, że ukraińskie pomniki UPA kiedyś znikną?

    Niech one znikną najpierw z Polski.

    Waldemar Kowalski

    http://dziennik-polityczny.com/index.php/swiat/1942-szok-gen-hermaszewski-jak-przebiegala-akcja-upa-w-polsce

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s